Turecka lekcja Waszyngtonu

Drukuj

Zapowiedź lipcowej wizyty Trumpa, powinna być dobrze odczytana przez Kaczyńskiego. Dobrze, to nie znaczy, tak jak sugerował im sam Trump, w okresie wyścigu o Biały Dom

Przypomnijmy, że kandydat Trump, sugerował, że Ameryka nie może wtrącać się w wewnętrzne sprawy innych państw, bo to – jak wtedy rozumiał – nie jest w interesie Stanów Zjednoczonych.

Mimo wieku, wygląda na to, że postanowił jednak szybko się uczyć. Nadzieje rozsiewane w Polsce przez prawicowe tygodniki, z ich nagłymi specjalistami od Ameryki, okazały się płonne. Departament Stanu, czyli taki prawdziwy odpowiednik, naszego zabawkowego (w okresie PiS) – Ministerstwa Spraw Zagranicznych zbriefował należycie prezydenta Trumpa o tym, jak dalece porządek prawny, w demokracjach, ma znaczenie dla długofalowych interesów Ameryki. Być może był to przykład Turcji. Państwa, które z naszywką „sojusznika Ameryki”, przez wiele lat, w ciasnych uliczkach miast odległych od Ankary, przesuwane było w kierunku szkół koranicznych, daleko dalej niż Ankara chciała by Turcję widzieć. Dziś, na odzyskanie świeckiej i praworządnej Turcji, jest już za późno. A jedynym ważnym interesem trzymającym oba państwa w sojuszu, jest bliskość i waga Rosji. Odejście Erdogana od demokracji uzmysłowiło waszyngtońskim elitom, że drobne zmiany prawa będą miały w przyszłości znakomite znaczenie, dla porządku prawnego państw sojuszniczych. Połajanka Obamy wygłoszona publicznie podczas ostatniej wizyty w Polsce, nie zrobiła jednak na Dudzie żadnego wrażenia. Podobnie jak późniejsza celowa w dyplomacji USA, nieobecność Polski na Berlińskim pożegnaniu Obamy ze stanowiskiem. Myśmy tu przecież wstawali z kolan. Wybory w Holandii oraz umocnienie się sondażowe Merkel i partii porządku atlantyckiego w Niemczech oddaliło wizję całkowitego rozpadu UE, przynajmniej do wyborów we Francji. Dyplomacja amerykańska musi podwoić wysiłki dla utrzymania najważniejszego kraju Europy Wschodniej po właściwej stronie muru. Jedyną alternatywą dla Warszawy, wobec Waszyngtonu i Berlina, jest przecież Moskwa.

Jestem przekonany, że obecny zamach na niezależność władzy sądowniczej zostanie przez amerykański departament stanu nie tylko zauważony, ale i odpowiednio mocno doświetlony w dwustronnych relacjach. Brak właściwie mocnej reakcji w sprawie niszczenia Trybunału Konstytucyjnego, spowodowany był w dużej części amerykańskim rokiem wyborczym. To był chwilowy sukces, tzw Master Planu Kremla, na dalsze odsuwanie tej części Europy od Atlantyku, w stronę suchych stepów Azji.

Teraz Amerykanie pracują już w normalnym trybie. Uśmiercenie doktryny Brzezińskiego wydawało się przedwczesne, a mocna pozycja generałów wokół Trumpa, może spowodować nawet jej odrodzenie. Dodatkowo, zaangażowanie Rosji w amerykańskie wybory spowodowało natychmiastowe umocnienie jastrzębi w Waszyngtonie, a wokół nowego prezydenta aparat państwa założył sanitarny kordon. Nawet jeśli planował biznesowy przełom w stosunkach z Rosją, jakikolwiek ruch w tym kierunku przybliży jego koniec. Prezydentura kontrolowana przez departament stanu i generałów może być wbrew pierwotnym intencjom Moskwy, dużo trudniejsza od bardziej samodzielnej kadencji Obamy. Kreml przelicytował.

McNamara rozumie porządek świata w starym dobrym stylu. Tam gdzieśmy powiesili flagę, tam jest nasz interes. Zatem, dopóki za pomocą innego scenariusza, Rosja nie wytworzy sytuacji w której Polskę należałoby oddać za inny kawałek szachownicy, Polska jest umieszczona w amerykańskiej mapie interesów. To czego nie rozumie Kaczyński to ścisłe połączenie pomiędzy demokracją, trójpodziałem władz i amerykańskimi interesami. Również takimi jak przewidywalność prowadzenia biznesu gwarantowana przez niezawisłe sądy.

Ameryka nie zgodzi się na wprowadzanie w Polsce dyktatury, a wspólnie z Niemcami i Tuskiem, stanowi wystarczającą siłę aby niszczenie polskiej demokracji zatrzymać. Amerykańskie dywizje mogą wrócić do RFN szybciej niż pisowski sejm jest w stanie przegłosować nową ustawę. Niezrozumiała dla Kaczyńskiego sieciowość świata, może go zatem zadusić.

Poza wszystkim, przeżyjemy jeszcze powrót wzniosłych słów o wolności i demokracji w wykonaniu Trumpa i skwaszonych min siedzących w pierwszym rzędzie wykonawców woli prezesa.

Czytaj również